Dom Transformacji - pełny zapis przemyśleń

Początek

Sześć lat temu, gdy przyjechałem do UK, wpadł mi pomysł, który do dziś we mnie siedzi: Dom Transformacji. Wynająć ziemię - najlepiej z domem, z jeziorem, gdzieś w UK albo gdziekolwiek indziej - i zapraszać tam ludzi, którzy pragną zmiany życia, chcą rzucić nałogi - alkohol, tytoń - przejść na dietę, żyć w otoczeniu innych ludzi, którzy są już po tym procesie. Tworzyć razem.

Ten pomysł nie pojawił się znikąd. Przyjechałem do obcego kraju, w miejsce, gdzie musiałem zacząć od nowa, i chyba właśnie w takim momencie człowiek najwyraźniej widzi, czego mu brakowało gdzie indziej - wspólnoty ludzi, którzy naprawdę chcą się zmieniać, a nie tylko o tym mówią. Dom Transformacji od początku nie był dla mnie fantazją o ucieczce, tylko konkretnym obrazem: miejsce, ziemia, ludzie, którzy razem pracują nad sobą i nad tym miejscem jednocześnie. To połączenie - praca fizyczna przy budowaniu czegoś realnego i praca wewnętrzna nad sobą - wydawało mi się od zawsze najbardziej naturalną drogą do prawdziwej zmiany.

Gdzie jestem teraz

Po sześciu latach jestem już po wielu przejściach życiowych i wiem co nieco o świecie i o sobie. Teraz jestem w takim miejscu w Hiszpanii, ale warunki mojego pobytu są niejasne i nie do końca wiadomo, skąd ma się brać kasa na to, kto finansuje projekt. Wciąż mam problemy finansowe i zaczynam rozumieć, skąd się one biorą.

Nie umiem wyceniać swojej wartości i tego, co robię dla innych. Nawet tu, gdzie jestem obecnie, za pobyt odwdzięczam się pracą przy drewnie, konstrukcjach, budowaniu i naprawach, ale moja praca jest policzalna, a ja nie mam pojęcia, ile mnie “kosztuje” pobyt tutaj. To dla mnie lekcja, bo powinienem umieć porozmawiać o wartościach tej wymiany, by wszystko było jasne i klarowne. Chcę to zrobić - może nawet dziś.

To dziwne uczucie - potrafić dokładnie policzyć, ile czasu i pracy wkładam w naprawę dachu, konstrukcję czy mebel, a jednocześnie nie mieć zielonego pojęcia, ile jest wart dach nad głową, jedzenie, miejsce, w którym mogę być. Jedna strona równania jest twarda i policzalna, druga - miękka i niedopowiedziana. I to właśnie ta nierówność sprawia, że długo nie zauważałem, jak bardzo brak jasności po mojej stronie kosztuje mnie naprawdę - nie tylko w Hiszpanii, ale przez te wszystkie sześć lat.

Dlaczego to się dzieje

Wiele elementów tego stanu rzeczy nie zostało na samym początku wyjaśnionych ani przedyskutowanych - błędy albo braki w jasnej komunikacji. To powoduje problemy wcześniej czy później w relacjach, a te z czasem stają się trudne do wyprostowania, a nawet czasem nieprzyjemne.

Czy to jest trudne? Nie. Wymaga otwartości, dojrzałości, jasnego sposobu komunikacji. Wystarczy zapytać: ile kosztuje mnie pobyt tutaj, ile dziennie - i wycenić swoją wartość: ile kosztuje moja praca. Porównać jedno z drugim, określić, co za ile i jak.

Czy tak trzeba? Oczywiście, że tak - jeśli chcę uniknąć niedomówień, jasności w życiu z innymi, ale przede wszystkim z samym sobą.

Widzę teraz, że to nie jest jednorazowy problem tej jednej sytuacji w Hiszpanii - to wzorzec, który powtarza się w wielu moich relacjach i projektach. Zaczynam coś z entuzjazmem, z zaufaniem, zakładając, że jakoś się to samo wyjaśni po drodze - a “jakoś” prawie nigdy się nie wyjaśnia samo. Ono czeka, aż ktoś je nazwie na głos. I tym razem chcę być tą osobą, która to robi pierwsza, zamiast czekać, aż niejasność zamieni się w żal.

To, co nie daje spokoju

Ta sytuacja, ta lekcja, jest tym czymś we mnie w środku, co nie pozwala być niezauważone. Nie daje mi spokoju, nie daje mi radości, stoi z tyłu głowy, czeka, nawarstwia się, uwiera w sercu. A te decyzje są jak wrota do innego wymiaru, do innej rzeczywistości i innego stylu życia. To dojrzałość.

Mój serdeczny przyjaciel powiedział mi kiedyś w rozmowie, żebym pozwolił sobie na obfitość, zaufał. Ale dziś zadałem sobie pytanie: komu lub czemu miałbym zaufać? Bogu? Czy może sobie - i zrobić krok naprzód, teraz, tu, bo przecież inny czas nie istnieje.

Chyba właśnie o to chodzi w dojrzałości - nie o to, żeby mieć gotową odpowiedź na to pytanie, tylko żeby w ogóle mieć odwagę je sobie zadać, a potem zrobić krok, zanim odpowiedź stanie się w pełni jasna. Czekanie na pewność jest wygodne, ale to właśnie ono trzyma mnie w miejscu, w którym niejasność może się nawarstwiać latami.

Rozmowa z przyjacielem o wycenie

Kiedyś zapytałem go również o to - powiedziałem mu, że mam kłopot z wyceną własnej wartości, że nie wiem, jak się wyceniać i jak wyceniać to, co robię. Zaproponował mi sprawdzenie na rynku, z różnymi modelami AI, średnich cen za podobne usługi w danym obszarze. Uznałem to za pomysł, który już znałem, ale dalej pozostaje pytanie: ok, ale jak to powiedzieć, aby rozmowa była rzeczowa, prosto z serca, i przyniosła skutek w postaci klarownej sytuacji.

Bo liczba sama w sobie niczego nie rozwiąże. Mogę znać średnią stawkę rynkową co do złotówki i nadal nie umieć usiąść naprzeciw drugiej osoby i powiedzieć to na głos. Rynek daje punkt odniesienia, ale to ja muszę znaleźć słowa - takie, które nie zabrzmią jak roszczenie ani jak wyrzut, tylko jak to, czym naprawdę są: prośba o wspólną jasność, między dwojgiem ludzi, którym zależy na tym samym miejscu.