Szukam potwierdzenia. I dostaję młotkiem w łeb.
- Magic
- 15 sierpnia 2026
- 5 min czytania
- świadomość
O tym, co trzyma mnie w miejscu, zanim jeszcze zdążę zacząć.
Budzę się około 7 rano. To jest moja ulubiona pora dnia - umysł jest jeszcze czysty, świeży, otwarty na przyjmowanie. Nowego dnia, wiedzy, pomysłów. Zanim jeszcze otworzę oczy, słyszę morze. Mieszkam 50 metrów od plaży, w Andaluzji. Nie ma tu pośpiechu, nie ma zgiełku miast - jest tylko szum wody, powietrze jeszcze chłodne po nocy, i ta charakterystyczna cisza, w której słychać własne myśli, zanim zdąży się je ocenić.
Wstaję. Parzę kawę. Rozkładam karimatę i zabieram się za poranny trening. I zanim jeszcze zdążę się w pełni obudzić, przychodzi pomysł. Czysty, prosty, oczywisty w tamtej chwili jak nic innego.
Mam więc wszystko, czego potrzeba. Ciszę. Czas. Świeżą głowę. Miejsce, które inni nazwaliby rajem do tworzenia.
I wtedy odzywa się głos.
Za wcześnie, żeby się z tym pokazać. Jeszcze nie skończyłeś. Dopracuj to najpierw. A jak pokażesz to światu - jaki będzie odzew? A jak będzie krytyka? Hejt? Nikt cię nie zna - mimo że od lat piszesz. Tylko że pisałeś o świadomości, o miłości, o duchowości. Teraz masz pokazać coś innego.
Odwlekałem. Zwlekałem. Wyciągałem projekty z szuflady i chowałem je z powrotem, bo wierzyłem temu głosowi. Zbyt długo.
Zanim jeszcze się pokażę, już szukam potwierdzenia
Bo to nie kończy się na porannym głosie w głowie. Mam nowy pomysł. Dzwonię do znajomego. Opowiadam mu o nim, niby od niechcenia, ale gdzieś w środku czekam na jedno zdanie:
“Stary, idź w to. To świetny pomysł. Jesteś w tym dobry. To jest zgodne z tobą. Nie widziałem jeszcze czegoś takiego.”
Robię to od lat i dopiero niedawno naprawdę to zobaczyłem: nie dzwonię, żeby się podzielić. Dzwonię, żeby dostać wiatr w żagle. Żeby ktoś inny potwierdził mi to, co teoretycznie powinienem wiedzieć sam.
Zastanawiałem się, skąd się to właściwie bierze. Widzę dwa mechanizmy. Pierwszy, prostszy: chcę usłyszeć, że pomysł jest po prostu dobry - zwykłe potwierdzenie jakości. Drugi, głębszy: chcę podzielić się odpowiedzialnością. Jeśli ktoś powie “idź w to”, a coś pójdzie nie tak - to już nie tylko mój błąd. Ktoś inny też w to wierzył.
Im dłużej to obserwuję, tym bardziej widzę, że to ten drugi jest silniejszy. Bo gdyby chodziło tylko o jakość pomysłu, jedno szczere “tak, to dobre” by wystarczyło. A nie wystarcza. Pytam kolejnych osób, jakbym zbierał głosy, nie opinie. To nie jest szukanie prawdy o pomyśle. To szukanie kogoś, kto weźmie ze mną choć kawałek ciężaru, zanim jeszcze zacznę.
I najczęściej dostaję odwrotnie.
Skrzydła zostają podcięte, spadam na twardą ziemię i odcinam się od samego siebie.
Zjazd
Wtedy zaczyna się seria. Umysł zaczyna szukać potwierdzeń tego, co właśnie usłyszałem. Że to nie ma sensu. Że słaby pomysł. Że nie wyjdzie. Że trzeba inaczej, lepiej. Że brakuje mi środków, wiedzy, doświadczenia.
Robi się cicho w środku, ale to nie jest ta sama cisza co rano na plaży. To cisza, w której nic nie ma prawa się odezwać - żaden argument, żadne wspomnienie, żadne “przecież już to robiłem”. Zostaje tylko jeden głos, głośniejszy od reszty, i on mówi, że mam rację się bać.
I nagle całe moje wieloletnie doświadczenie, nauka, godziny pracy - stają się pyłkiem na wietrze. Czuję, że nie jestem wystarczający. Że jestem nikim. Że się nie znam. Że gdzieś musiał być moment, w którym wszyscy inni dowiedzieli się czegoś, czego ja nie usłyszałem.
Czasem łapię się na tym po chwili. Czasem po kilku godzinach. Czasem po dniach, a bywało, że po tygodniach. Zauważam jednak jedno - to dzieje się coraz szybciej. Jakbym uczył się rozpoznawać ten stan, zanim zdąży mnie w pełni wciągnąć.
Zwrot
Bo prawda jest taka, że to nie są moje ograniczenia. To są ich ograniczenia. Ludzie, którzy mówią mi “nie dasz rady”, pokazują mi w tym momencie coś o sobie - jakie sami mają w sobie granice, czego sami się boją, czego sami sobie nigdy nie pozwolili.
Kiedy do tego dochodzę, zaczynam znów widzieć siebie. Znajduję dowody na to, że moja wartość nie zależy od czyjejś krytyki.
Egzamin, który zdał tylko jeden
Lata temu zapisałem się do policealnej szkoły - informatyka, specjalizacja grafika i multimedia. Trzy nowe klasy, w każdej 25-30 osób. Prawie sto osób na starcie, wszyscy z tym samym planem: dwuletnia nauka, a na końcu państwowy egzamin zewnętrzny.
Zasada była prosta i bezwzględna: do egzaminu może przystąpić szkoła, jeśli ukończy ją co najmniej 7 osób. Mniej - i nikt nie podchodzi. Cała praca, wszystkich, na nic.
Mijały miesiące. Klasy się kurczyły. Ludzie odpadali, rezygnowali, znikali - z różnych powodów, każdy miał swój.
Ukończyłem ją ja. Jeden.
Dyrektorka przepuściła warunkowo dodatkowych sześciu, żeby w ogóle mógł odbyć się egzamin - żeby ci, którzy się starali, dostali chociaż szansę podejścia.
Egzamin się odbył. Zdałem tylko ja.
Nie piszę tego, żeby się chwalić. Piszę to, bo kiedy mam przed sobą kogoś, kto mówi mi, że nie dam rady - ta historia wraca. Nie jako dowód, że jestem lepszy. Jako dowód, że wytrwałość, sama w sobie, jest już wynikiem. I przypomina mi, że nawet mały krok, jeśli płynie z serca, jest ogromną wartością. Nawet jeśli jest się jedynym, który go stawia.
Wracam na plażę
Jest 7 rano. Umysł znów podsuwa te same zdania - za wcześnie, dopracuj, a nuż hejt, nikt cię nie zna w tej nowej roli.
Tym razem go słyszę. Ale nie walczę z nim.
Słucham go. Przyglądam mu się. Obejmuję go - bo rozumiem, skąd się bierze. Ten umysł od zawsze stara się być moim najlepszym przyjacielem i obrońcą. Chce zabezpieczyć mnie przed stresem, przed oceną, przed bólem - tylko że robi to na zapas, chroniąc mnie przed przyszłością, która jeszcze nie istnieje.
A on istnieje tylko teraz. I jutro nie jest niebezpieczne.
Więc robię krok. Obserwując, jak się zachowuje mój ukochany, czujny strażnik. Nie w opozycji do niego. Razem z nim.
Dziś buduję coś, co daje innym możliwość zacząć od zera, bez czekania na czyjeś pozwolenie i bez młotka nad głową. Więcej wkrótce.
Theran
15.08.2026, 7:00, Andaluzja